header-photo
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty

Sztokfisz na wakacjach

Gwałtu! Rety! Nie do wiary! Dzięki wyszukiwarce ktoś niedawno trafił na mojego bloga używając frazy "sztokfisz niesmaczny". W tym miejscu muszę stanowczo zaprotestować i wysilić się na nowy wpis kulinarny. Sztokfisz jest smaczny... no dobra, powiedzmy, że jest w porządku, jeśli go dobrze przyrządzić.

Poniżej sentymentalny przepis na naszego bohatera, który opracowałem po powrocie z letnich wojaży w 2009 roku. Ja byłem w Norwegii, a sztokfisza postanowiłem wysłać w bardziej egzotyczne rejony, gdzieś w okolice Tajlandii i Sri Lanki.





Przede wszystkim należy pamiętać, że produkcja sztokfisza, czyli suszenie, to nie sztuka dla sztuki. Dzielni wikingowie przygotowywali ten specjał, by zakonserwować ryb złowione w okresie letnim. W późniejszym czas, gdy o dobry połów bywało trudno, a zapas "świeżych" ryb uległ wyczerpaniu, przystępowano do konsumpcji, nomen omen, suchego prowiantu. Obecnie znamy wiele lepszych sposobów (i niemało gorszych), by wiktuały zachowywały świeżość i zdatność do spożycia przez dłuższy okres, więc sztokfisza polecam raczej jako ciekawostkę.
By sztokfisza "odkonserwować", trzeba go namoczyć w wodzie. Sucha ryba lubi długie kąpiele, przynajmniej siedmiodniowe, i częste zmiany wody, raz dziennie - po takich zbiegach mój sztokfisz był nadal nieco twardawy, ale dzięki temu nie rozpadł się przy dalszej obróbce. Chociaż sztokfisz fenomenalnie śmierdzi (pachnie?) po otwarciu paczki, w procesie długotrwałego namaczania traci swój niezapomniany aromat.

Do przygotowania nordyckiej inwazji na Tajlandię potrzebne są:
- paczuszka sztokfisza
- paczka krewetek
- 2 szklanki bulionu rybnego
- 1 puszka mleka kokosowego
- czerwona cebula
- paczka minikukurydzy
- słodka, czerwona papryka
- świeża limonka, świeże liście kolendry
- przyprawy: sambol (mieszanka chili i sproszkowanej ryby), sproszkowana limonka
- olej

Wykąpanego sztokfisza, krewetki i czerwoną cebulę pokrojoną w piórka podsmażamy na oleju. Oczywiście sztokfisza można zastąpić dowolną inną białą rybą. Jakiś morszczuk czy inny dorsz będzie w sam raz. Gdy cebulka się zeszkli, dorzucamy paski czerwonej papryki i połówki minikukurydzy. Albo zwykłą kukurydzę z puszki - nie ma żadnych ograniczeń. Następnie zalewamy wszystko bulionem i mlekiem kokosowym. Dosypujemy przyprawy i gotujemy przez chwilę. Jeszcze tylko dekoracja ze świeżej limonki i liści kolendry. Voila!

Ghoulash z dyni

 

W Polsce Dzień Wszystkich Świętych kojarzony jest przede wszystkim ze zniczami, rodzinnymi wyprawami na cmentarze i powszechną atmosferą zadumy. Życzliwi dorzucą pewnie jeszcze jesienną pluchę, zimno i wszechobecną szarugę. Niemal w tym samym czasie, gdy Polacy pochylają się nad grobami bliskich, na ulice anglojęzycznych miast wylegają kolorowe tłumy zjaw, krwiopijców i wilkołaków, by żądać należnych im ofiar i wieszczyć nieszczęścia. Potępieńczym korowodom przewodzi upiornie wyszczerzona dynia, rozświetlająca mroki nocy piekielną poświatą. Jakże różne postawy przyjmuje człowiek wobec śmierci - z jednej strony chrześcijańskie Dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki, z drugiej sięgające korzeniami do czasów pogaństwa Halloween i El Día de los Muertos.



Nasi przodkowie uważali jesień za bardzo niepewny czas. W co raz krótszych dniach i co raz dłuższych nocach dopatrywali się zakusów podziemnego świata na naszą ziemską niwę. Granica między tym co materialna, a tym co widmowe ulegała stopniowemu zatarciu - kto wie co złego mogło powrócić z zaświatów? Nawet współczesny człowiek, wsparty nowoczesną technologia z oświetleniem elektrycznym na czele, czuje się nieswojo w obliczu szybko nadciągających zmierzchów i wilgotnych nocy. W niepewnych czasach ludzkość sięgała po różne sposoby, żeby okpić lub przebłagać tajemne siły zaświatów. Echa celtyckich Samhain, brytyjskich Calan Gaeaf, romańskich Parentaliów, azteckich świąt ku czci bogini Mictecacihuatl czy swojskich Dziadów gnieżdżą się w ludzkiej duszy po dziś dzień, paczkując w kolejne listki złotej gałęzi.

Jako że spośród pradawnych zwyczajów najbliższy jest mi zwyczaj żertwy, na Wigilię Wszystkich Świętych sporządziłem upiorną strawę dla ciała i ducha, czyli ghoulash. Za bazę dla wieczornej uczty posłużyło mi węgierskie leczo. Jest jak najbardziej wskazane, by na podkład wykorzystać słoninkę lub inne nieżywe mięsiwo, węgierska kuchnia ma niebywałą zdolność wskrzeszania nawet ciut nadgniłych truposzy. Ale ponieważ moja wampirzyca miąs nie jada, w moim przypadku ghoulash był wegetariański. Według kanonicznej receptury w skład leczo wchodzą cebula, pomidory i papryka w stosunku wagowym 1:1:1,5 (z papryki trzeba wyrwać serca) i tej reguły starałem się trzymać, reszta to czysta magia i czarostwo.
Do kotła na katusze w gorącej oliwie powędrowała wpierw poszlachtowana cebula, a wkrótce dołączyły do niej poćwiartowane pomidory i papryka. W ślad za nimi trafiły ziemniaki w kostkach (to twarde skurczybyki, jeśli wolisz je na miękko, najpierw podgotuj je w ukropie), cukinie w plastrach i odpadki dyni pozostałe po rzezaniu lampionu. Dla piekielnej ostrości do mikstury dodałem pół tubki pasty paprykowej i hojnie obsypałem papryką w proszku. Po czym zamieszałem trzy razy, splunąłem przez ramię i zostawiłem pod przykryciem na małym ogniu, by eliksir dojrzał. Duchy były wniebowzięte. p

PS. Wspomnę jeszcze o kulinarnych wygrzebańcach - na dnie lodówki przechowuję norweski ser i kawałek oscypka. Oba leżą tam od mojego powrotu z Oslo, czyli będzie już prawie pięć miesięcy. Podczas gdy w rodzimego górala wdaje się już stężenie pośmiertne, wiking nadal trzyma się dzielnie i smakuje wybornie.

Fjording w stylu norweskim

 

Gorąco zachęcam do zapoznania się z relacją Kasi z naszej wyprawy do Naftolandii. A niniejszą notke proszę traktować jako skromne uzupełnienie fantastyczno-gastronomiczne.

W nadmorskiej osadzie...



Z okien autobusu, jadącego z lotniska do Oslo, Norwegia jawi się jako dziki, wyludniony kraj pełen lasów, skał i drążonych w tych skałach tuneli. Nie dziwota, że w takiej scenografii, dojrzewały mity o trollach, skrzatach i inszych potwornościach. Samo Oslo na pierwszy rzut oka sprawia bardzo sielskie, żeby nie powiedzieć prowincjonalne, wrażenie. Drugi rzut oka nas tylko w tym przekonaniu utwierdza. Wystarczy, że opuścimy ścisłe centrum stolicy, a okolica od razu nabiera wiejskiego charakteru. Nie jest to w żadnym razie przytyk. Bardzo mi odpowiada idea "zielonego miasta", gdzie wodę można pić prosto z kranu, kąpiel w morzu nie grozi chorobą skóry, a przepiękne widoki same zachęcają do pieszych wędrówek. Zresztą Norwedzy w dość oryginalny sposób zachęcają do wyprawy w teren, zamykając większość muzeów już o godzinie 16:00 (prym wiedzie Muzeum Tramwajów udostępniające swe zbiory przez trzy godziny dziennie). Wypada im tylko podziękować, bo zdjęcia mówią same za siebie.

...za nordyckim stołem...

Jestem gorący zwolennikiem turystyki kulinarnej. Wszak nie od dziś wiadomo, że smażona ryba najlepiej smakuje nad morzem, a oscypek w górskiej chacie. Lokalny kąsek pożerany wespół z lokalnym krajobrazem potrafi dostarczyć niezapomnianych wrażeń. Zatem prócz rytualnego karmienia Fiorda, zadbałem również o dokarmianie siebie. Niestety Norwedzy zdają się pilnie strzec swych kulinarnych sekretów, lansując w domu i na ulicy głównie kuchnię azjatycką, śródziemnomorską, tudzież hamburgera w wersji deluxe. Trzeba się zatem ciut natrudzić, żeby znaleźć coś ciekawego. Zwłaszcza, że naturalizowany Norweg proponuje głównie spaghetti albo mrożoną pizzę Grandiosa.



Podpierając się sugestiami Seji'ego na pierwszy ogień wrzuciłem brązowy ser, zwany gudbrandsdalsost/brunost. Już sama nazwa sugeruję, że mamy do czynienia z rzeczą niezwykłą. Jak to zwykle bywa do powstania smakołyku przyczyniła się bieda i pomysłowość. Za wynalezienie receptury Anne Hov otrzymała medal za zasługi dla korony. Sery te produkuje się z mieszanki krowiego i koziego mleka, gotowanej do momentu karmelizacji cukrów w niej zawartych. Stąd też charakterystyczny brązowy kolor i wyraźny słodkawy smak. Gotowy produkt formowany jest w solidne bloki, kojarzące się z kostkami C4 - pewnie dlatego wzbudził zainteresowanie lotniskowej ochrony, a może chodziło tylko o wywóz dóbr narodowych? Serek świetnie nadaje się do samodzielnego podżerania (w celu badania smaku oczywiście), do kanapek i sałatek. Rzucenie kilku plastrów na Grandiosę zostało skrytykowane jako "niewłaściwe", za to sos na bazie brunostu wyszedł znakomicie - po prostu mistrzostwo świata. W internecie trafiłem na poradę, by do sosu dodać jagodę jałowca - myślę, że warto spróbować. Dopiero w Londynie zdecydowałem się na deserowe wykorzystanie sera i zostałem bardzo mile zaskoczony. Naleśniki (w Norwegii wolą gofry lub tosty) z dżemem truskawkowym i wiórkami sera również stanowią smakowitą kompozycję.

Jako że nadmorska lokalizacja zobowiązuje, dary fiordu poszły na drugi ogień. Zacząłem skromnie od śledzi (sild) w słoiczku. Te w śmietanie (kremet/fløyte) nie rzuciły mnie na kolana, za to marynowane z cebulką (løk) zaskakują wyśmienitym słodko-kwaśnym smakiem. Dalej były fiskekaker, czyli rybne mielone, z eksperymentalnym sosem. Dość powiedzieć, że wyglądały jak kotleciki i smakowały rybnie - bez rewelacji. Na tym skończyłem samodzielne próby gastronomiczne i postanowiłem oddać się w ręce ekspertów.



Eksploracje nabrzeżnych restauracji zakończyły się połowicznym sukcesem, jeśli nie porażką. W natłoku ogólnoświatowych przysmaków trudno znaleźć norweską nutę. Dzień pierwszy poszukiwań zamknąłem hamburgerem i warzywnymi quesadilla we Friday's. Drugie podejście również trudno zaliczyć do udanych. "Valkyrie" przy stacji Majorstuen - restauracja, reklamowana w przewodniku jako prawdziwie norweska - sprawiała przygnębiające PRLowskie wrażenie, również świecące pustką stoły i obskurna kuchnia nie świadczyły za dobrze o lokalu. Mając na względzie czekające mnie dni wędrówki, wycofałem się pospiesznie. W końcu wylądowałem u wujka Donalda, serwującego posiłki pod gołym niebem dwa kroki od Teatru Narodowego. Żabnica zawinięta w plastry boczku z serowym sosem, szparagi i młode ziemniaczki stanowiły smakowity kąsek, zdecydowanie za mały dla wygłodzonego Misiołaka. Z odsieczą pospieszyły małże gotowane w śmietanowo-czosnkowym sosie i frytki z majonezem. Do tego pokal zimnego, lokalnego piwa Ringnes. Palce lizać!

Kolejne kulinarne podboje miały miejsce na falach fiordu. Przedpołudniowy rejs między wysepkami rozsianymi na wodach Oslofjorde to rozkosz dla wszystkich zmysłów. Wzrok błądzi po cudownych pejzażach, chlupot fal miesza się z pokrzykiwaniem wygłodzonych mew, liczących na darmową przekąskę, a palce pracowicie rozłupują pancerzyki świeżych krewetek, by dotrzeć do pysznego wnętrza. Nie ma lepszej strawy zwłaszcza, gdy jest się w towarzystwie wspaniałej kobiety, białego wina i bajecznej pogody. Jeżeli komuś mało, po rejsie może podbić do cumujących u wybrzeża kutrów rybackich po następną porcję krewetek albo zadowolić się suszoną rybą, czyli sztokfiszem (tørrfisk).



W skansenie folklorystycznym na półwyspie Bygdøy dane mi było pokosztować lefse, tradycyjnych norweskich podpłomyków. Przyrządzane w wiejskiej chacie z mąki, ziemniaków i śmietanki, pieczone nad żywym ogniem i serwowane z masełkiem placki smakowały bardzo jak klasyczne naleśników. Lefse w zależności od grubości i dodatków serwuje się tak na słodko, jak i słono. Chociażby jako dodatek do legendarnego lutefiska (biała ryba macerowana w ługu) czy mniej znanego rakfiska (zasolony pstrąg fermentujący dwa miesiące), których niestety nie dane mi było spróbować.

Na deser zostały słone cukierki. Kilkanaście lat temu dostałem paczkę Haribo z ciemnobrązowymi zawijasami, moja radość drastycznie zmalała już po pierwszym gryzie. W ciągu lat kilka razy trafiłem na podobne "smakołyki" w różnych mieszankach. Teraz znam imię wroga, lecz motyw jego nadal pozostają zagadką. Cukierki z lukrecją (lakris) to odpowiednik angielskiego Marmite'u. Rarytasem należy delektować się powoli i w małych ilościach, a najlepiej tylko raz w życiu.

...ozdobionym głową smoka...



Jako gracz, czytacz, fantasta i naukowiec, lubię wiedzieć, jak to robią tubylcy. Z relacji Borysa wiem, że fandom nie jest tu jakość specjalne zorganizowany - luźne grupki pasjonatów i tyle. Teraz mogłem osobiście sprawdzić, jeśli nie jak się gra, to przynajmniej gdzie się kupuje, i pobuszować pośród zastawionych towarem półek. Niestety jeden ze sklepów, Avalon, zbankrutował jakiś czas temu, a oferta Outlandu nie była zbyt porażająca. Po prostu solidny sklep fantastyczny, w którym można czasem znaleźć jakiś rarytas. Tylko tyle, aż tyle. Z jednej strony można to zrzucić na karb londyńskiego rozpasania, gdzie bez problemu można penetrować półki Orcs Nest, Leisure Games czy molocha Forbidden Planet, przebierać w wyprzedażach, a ogólnoświatowe zasoby Ebay i Amazonu są dostępne w kilka kliknięć. Z drugiej mam wrażenie, że dowolny polski sklep w dużym mieście (Warszawa, Kraków, Gdańsk) może się poszczycić podobnym asortymentem - dawno w żadnym polskim sklepie RPG nie byłem, a bydgoski trudno uznać za reprezentatywny.

Tradycyjnie już przywożę z podróży planszówki związane tematycznie z miejscem wojaży, bądź autorstwa autochtonów. Postanowiłem więc dać zarobić Outlandowi. Wahałem się między Hnefatafl a Fjords. W ostateczności postawiłem na tradycyjną grę Wikingów jako produkt bardziej niszowy. Jak się później okazało "made in UK"... Sama gra wizualnie prezentuje się bardzo atrakcyjnie. Płócienna plansza 11x11 ozdobiona jest nordyckimi plecionkami, a klimatycznie postarzanym pionom nadano fizjonomie wikingów. Reguły są bardzo proste. Celem białych jest odeskortowanie króla do jednego z narożnych zamków, zaś czarni dążą do osaczenia króla. Wszystkie piony poruszają się ruchem szachowej wieży. Bicie następuje przez wzięcie przeciwnika z dwóch stron. Ciekawą sprawą jest asymetryczne rozłożenie sił, w skutek czego pierwsze partie owocowały niechybnym zwycięstwem obrońców króla.



Drugim fantastycznym wydarzeniem w Norwegii była wizyta w kinie na filmie Outlander (zadziwiająca zgodność nomenklatury, jakby wszystkie ciekawostki z branży pochodziły z zewnątrz). Mimo, że film był bezczelnie pulpowy - kosmita wśród Wikingów (skąd my to znamy?1) walczący z niechęcią rdzennych mieszkańców i smokiem - okazał się być całkiem dobrą rozrywką. Co jest dużym plusem, gdyż dotychczasowe lekkie, sezonowe hiciory były po prostu do bani. Star Trek zaliczył nudny restart, Blood nie dość, że też przynudzał, to raził siermiężnymi efektami, Woverine odrzucił mnie samym trailerem, a Transformerów nie widziałem. Wróćmy jednak do dzielnych Wikingów, którzy siłą, sprytem i szczątkami kosmicznej myśli technologicznej, piszą na nowo historię Norwegii A.D. 790. Ot, taki smaczek geograficzny. Borys zwrócił mi uwagę na drugi twist, tym razem lingwistyczny. Otóż przybysz z kosmosu w pierwszych scenach filmu, zanim przechodzi na ordynarny "inglisz" wysławia się po staronorwesku. "Outlander" nie oferuje nic ponad proste kino przygodowe, jednak warto było popatrzyć jeszcze raz na legendę o Beowulfie z nieco innymi gadżetami. Teraz pozostaje czekać na "Zemstę Morweenów"! wink

...prosty lud Norwegii...

Potomkowie Wikingów, podobnie jak Brytyjczycy, zostali w dużej mierze zinwigilowani przez obce nacje, jednak to kropla w morzu w porównaniu z Londynem. W Oslo nadal bez problemu natrafimy na prawdziwie nordyckie walkirie i ich podkomendnych. Generalnie Norwegowie, ci prawdziwi i przyszywani, są uśmiechnięci (choć niektórzy za wszelką cenę pragną odkryć swoją mroczną stronę), otwarci i bardzo przyjaźnie nastawieni do przybyszów. Dużym plusem jest też fakt, że w zasadzie wszyscy bez problemu posługują się angielskim, o co trudno na przykład w Paryżu.



Spore wrażenie wywarła na mnie pogawędka z norweskim kloszardem. Jegomość, na widok cudzoziemców walczących z samoobsługowym automatem do kawy, przerwał odliczanie drobnych z wymiętego, papierowego kubeczka i wdał się w rozmowę. Choć wzrok miał mętny, to angielszczyzną władał płynną. Opowiadał o Polakach w Norwegii na przestrzeni ostatniego dwudziestolecia, pochwalił polską służbę zdrowia i zapodał blackmetalowego Polish joke'a2, a na koniec życzył miłego pobytu w Oslo.

Udało mi się też zobaczyć trolla, a właściwie trolicę. Pojawiła się niespodzianie na Karls Johans gate i wyglądała na wyraźnie naburmuszoną. Być może nie odpowiadała jej urbanizacja centrum Oslo, ceny alkoholu albo system świadczeń społecznych. Przemknęła opodal z furkotem sukien w sobie tylko znanych sprawach. Pozostało po niej tylko wspomnienie i woń niemytego ciała.

...liczy zrabowane dobra.

Norwegia jest krajem bardzo drogim (ceny londyńskie x2, ale bez londyńskich promocji), co żyjącym w socjalizmie opartym na nafcie wydaje się nie przeszkadzać, ale stanowi spory problem dla turystów. Przykładowo posiłek w restauracji to koszt 400-800 koron, 24-godzinny bilet komunikacyjny - 65kr, bilet do kina - 95kr, bilet Oslo-lotnisko Torp w dwie strony dla dwóch osób - 600kr, gra Wikingów - 299kr. Więcej o cenach znajdziecie u Seji'ego.
Warto więc korzystać z dostępnych zniżek i promocji, kryjących się za OsloPassem.
Jeżeli mamy w planach trzy dni intensywnego zwiedzania, polecam inwestycje w OsloPass w wersji 72-godzinnej. Za 410kr na głowę dostajemy wstęp do większości płatnych muzeów, bilet komunikacji miejskiej, rejs po fiordzie z krewetkową ucztą, zniżki w restauracjach i nietylko.

Jakie by jednak ceny nie były, pragnę rzec jedno:

Odwiedzajcie Norwegię, naprawdę warto!

Na zakończenie chciałby złożyć jeszcze serdeczne podziękowania Borysowi za przygarnięcie pod norweską strzechę, pomoc w szerzeniu idei gier planszowych i użyteczne wskazówki.
___________________________________________________


1 Na własny użytek film ochrzciłem "Thorgal: Przeładowanie"

2 Żart w tłumaczeniu na polski:
- Co dostaniesz po skrzyżowaniu Polaka i satanisty?
- Diabła do zbierania truskawek.

Tradycyjne angielskie śniadanie

Każde dziecko wie, że życie Anglika kręci się wokół „domu publicznego”, przez pospólstwo zwanego pubem. Tu każdy człowiek znajdzie wytchnienie po pracy, azyl przed gniewem współmałżonka/-ki czy beztroską pogawędkę nad pintą ale. Tu także wpadnie na śniadanie, by pokrzepić nadwątlone nocnymi przeżyciami ciało obfitą liczbą kalorii. Konsumpcję tradycyjnego brytyjskiego śniadania w naturalnym otoczeniu pubu można niewątpliwie zaliczyć do jednej z ważniejszych atrakcji kulinarnych Wysp, tuż obok słynnych fish’n’chips zawiniętych w Times’a. Doniosłość tego wydarzenia odciśnie głębokie piętno na niezahartowanym ciele obcokrajowca i nieraz powróci do niego falą wspomnień.




Śniadanie, jak słusznie prawią dietetycy, jest najważniejszym posiłkiem dnia, albowiem dostarcza nam niezbędnej energii na rozruch rozleniwionego organizmu. Niewątpliwie Brytyjczycy podchodzą do problemu śniadania ze swoistą dozą pomysłowości i wyczucia. Angielskie śniadanie jest bowiem w stanie przyprawić każdego o zawał serca, nim dzień się na dobre rozpocznie. Dość powiedzieć, że na sam widok ociekającej tłuszczem porcji krew ścina się w żyłach, zatykając życiodajne arterie, a serce zamiera w trwożnym oczekiwaniu gastronomicznego finału.

Pozwól, drogi Czytelniku, że naszkicuję przed Tobą jakże ułomny kontur tego zjawiska.
Wyobraź sobie słoneczny niedzielny poranek. Właśnie docierasz dziarskim krokiem pod drzwi ulubionego pubu. Od progu wita Cię przyjazny gest barman, który oferuje Ci przegląd najświeższej prasy. Dziś jest Twój wielki dzień, spędziłeś już trochę czasu w Anglii, ale jak dotąd nie miałeś sposobności spróbować angielskiego śniadania – a to praca stała na przeszkodzie, a to skłonność do leniuchowania. Dziś się to odmienni. Z poczuciem determinizmu sytuacji, leniwie kartkujesz gazetę.

Aż wreszcie stawiają przed Tobą ów wyśniony, wymarzony posiłek.

Twój wzrok prześlizguje się rozpaczliwie od smażonych kiełbasek ku plastrom spieczonego boczku wieńczących okrąg sadzonego jajka. Szklista glazura tłuszczu łączy się z zawiesistym pomidorowym sosem, który oblepia ziarna gotowanej fasolki. Szczęśliwie zabrakło porcji smażonego (a jakże!) black pudding, czyli swojskiego czarnego salcesonu w formie kaszanki. Odwracasz spojrzenie, by znaleźć chwilę wytchnienia na rumianych grzankach. Desperackim ruchem ręki sięgasz do tego ostatniego przyczółku zdrowego żywienia, nie przeczuwając grożącego ci niebezpieczeństwa. Pod osłoną pieczonego chleba kryją się bowiem hash brown – smażone w głębokim oleju złociste, ziemniaczano-cebulowe trójkąciki. Wstydliwie ukryta porcja witamin, która przycupnęła na brzegu talerza pod postacią połówki, grillowanego pomidorka, nie zaprząta twojej uwagi tak, jak ogromniasty, grzybowy kapelusz kojarzący się raczej z muchomorem niż swojską pieczarką. Nerwowo przełykasz ślinę, lecz dziarsko chwytasz za sztućce, by rozprawić się z kaloryczną bestią. Kęs za kęsem przedzierasz się przez ziszczony koszmar dietetyka, gdy nagle czujesz suchość w gardle. Czym popić tak "przytłuszczającą" porcję jedzenia? Dopuszczalna jest w prawdzie filiżanka herbaty obowiązkowo z mlekiem, ale czujesz, że dziś możesz iść na całość. Przepłukujesz gardło ciemnym Guinnessem. Nareszcie czujesz się spełniony.

Tym barwnym opisem nie chcę bynajmniej zniechęcić nikogo do kulinarnej rozpusty. Śniadanie angielskie jest tłuste, syte, smaczne, jeśli wziąć poprawkę na angielskie standardy, i najczęściej obfite. Przeciętny Anglik bierze się bowiem od razu za podwójną porcję nie zaprzątając sobie głowy zestawem podstawowym. Posiłek taki zalega wprawdzie ciężką kulą w żołądku, ale także z łatwością ukoi dolegliwości dnia minionego i przygotuje organizm na przeboje kolejnego wieczoru. Należy je tylko stosować z umiarem i wyczuciem, jako jednorazowe szaleństwo, nie jako codzienną rutynę.

Smacznego!


Informacje praktyczne:
Śniadanie w powyższym kształcie można zjeść w pubach pod egidą Wetherspoon. Cena zestawu podstawowego (bez tostów) to ok. £3. W tej samej cenie dostępna jest także opcja wegetariańska. Powyższy zestaw można wzbogacić o filiżankę herbaty i tosta. Jeżeli i naszą pociechę chcemy uraczyć angielskim śniadaniem, w ofercie są specjalne zestawy. A dla głodomorów znajdzie się zestawu podwojony, czyli farmhouse.
Angielskie śniadanie w rozmaitych konfiguracjach serwowane jest w większości pubów i kawiarni do godziny 12.00 (później zaczyna się pora lunchu). Wydatek, jaki poniesiemy za niebywałą przyjemność obcowania z poranną specjalnością Wielkiej Brytanii, zamyka się w górnej granicy pięciu funtów na osobę.

Pierwszy kubek czekolady

Chocolate Is The Answer! Who Cares What the Question Is!

Jeżeli Ty zastanawiasz się nad pytaniem, nie znajdziesz w tym artykule satysfakcjonującej odpowiedzi. Czekolada - ten znany powszechnie przysmak przebył długą drogę z Nowego Świata, nim przybrał obecną, słodką postać.

Płynna czekolada wyrabiana przez Majów i Azteków w niczym nie przypominała współczesnego napoju. Pierwotnie była to pienista mieszanina miazgi kakaowej, chilli i wody, niekiedy uszlachetniana dodatkiem wonnych kwiatów, mąki kukurydzianej, sproszkowanej kory, czy wreszcie złota lub srebra. Jak widać wszystko, co dobre, bierze swój początek z mętnej prazupy (podobnie historyczne piwo miało postać wodnistej brei). Ze względu na nieciekawą konsystencję napój starano się możliwie dobrze wymieszać poprzez przelewanie z jednego naczynie w drugie i spijano wytworzoną w ten sposób gęstą piankę z wierzchu. Mimo niezbyt atrakcyjnego wyglądu zaszczyt spożywania czekolady był jedynie udziałem wojowników, kapłanów oraz szlachty, a to ze względu na wartość i cenę, jaką posiadały poszczególne składniki napoju. Przykładowo za sto ziaren kakaowca można było zakupić niewolnika lub dużego indyka, za dwanaście - usługi kurtyzany.

U swych źródeł 'gorzka woda' (xocolatl z nahuatl) traktowana była jako napój stymulujący. Z zapisków anonimowego konkwistadora możemy dowiedzieć się, że ktokolwiek spożył kubek tego napoju, nieważne jakby nie był zmęczony, mógł pracować przez cały dzień niejedząc nic ponadto. Ponoć król Montezuma wypijał 50 czasz dziennie, musiał być więc tytanem pracy. Właściwości odżywcze i wzmacniające czekolady po dziś dzień pozostają w mocy. Rozbita laboratoryjnie na cząsteczki czekolada ujawnia swe sekrety: psychoaktywne anandamidy, stymulujące kofeina i teobromina, regulujący pracę układu nerwowego tryptofan, dobroczynny dla układu krwionośnego magnez czy w końcu wysoce energetyczne węglowodany. Istny róg obfitości.


Czekolada miała też swój udział w azteckich obrzędach natury religijnej. Co ciekawe również hiszpański kościół docenił własności czekolady, czyniąc zeń postny napój energetyczny. Współcześnie czekolada już tylko symbolicznie towarzyszy świętom religijnym, głównie pod postacią słodkich zajączków i gwiazdorków. Chociaż przez niektórych sam napój obdarzany jest wręcz boskim kultem.

Świeże ziarna kakaowca mają intensywny, gorzki smak i dopiero proces fermentacji pozwala wydobyć z nich pożądaną pieszczotę podniebienia. Pierwsze ziarna kakaowca dotarły do Starego Świata za sprawą nie-tak-znów-pionierskiej wyprawy Krzysztofa Kolumba w roku 1502, lecz dopiero konkwistadorska podróż Hernanda Corteza zapoczątkowała głód "brązowego złota". Wówczas za doskonalenie pierwotnych receptur króla Montezumy zabrali się hiszpańscy mnisi, zaprawiając napój bogów (theobroma cacao dosłownie pokarm bogów) cukrem oraz anyżem, wanilią, bądź cynamonem. W ten sposób czekolada uzyskała aprobatę hiszpańskiego monarchy. Zazdrośnie strzeżony przepis opuszcza Hiszpanię dopiero po stu latach za sprawą anonimowego Florentyńczyka. Dodatek mleka to już sprawka angielskiego medyka, sir Hansa Sloane. Obecnie czekolada nie może się już obyć bez słodyczy cukru i delikatności mleka. Nie bez znaczenia jest również pikantna nuta chilli, chociaż dodatek ten nie spotyka się z powszechnym uznaniem.

Ekspansja czekolady na dwory europejskich możnowładców owocowała nie tylko dodatkami smakowymi, ale i ulepszeniem procesu warzenia. Pierwszym wynalazkiem jest specjalna, drewniana ubijaczka molinillo, dzięki której uzyskanie gęstej, jednorodnej piany staje się zadaniem dziecinnie łatwy. Rosnąca popularność czekolady wymusza także zmiany w produkcji, takie jak powstanie młynów mielących kakaowe ziarna czy wzrost liczby plantacji kakaowca. Wszędobylscy Holendrowie rozwożą sadzonki boskiego drzewa niemal po całym świecie. Z kolei w czasie rewolucji przemysłowej Konrad Jan van Houten, holenderski chemik, odkrywa metodę uzyskiwania czekolady w proszku, produktu łatwo rozpuszczalnego, a co więcej taniego. Czekolada traci zatem swój arystokratyczny status i staje się wreszcie dobrem dostępnym dla przeciętnego obywatela.

Jakakolwiek nie byłaby historia smakowitego napoju, nie ma to jak kubek gorącej czekolady na przełamanie pierwszych lodów. Swoją drogą mrożona czekolada też jest niczego sobie... by zainaugurować otwarcie mojego blogaska. Mam nadzieję dzielić się na jego łamach recenzjami planszówek, książek i filmów, relacjami z podróży oraz wrażeniami z kontaktów z obcymi kulturami i smakołykami z różnych stron świata. Kto wie, może odsłonię też przed blogową społecznością swoje stany depresyjne i ambicje artystyczne.